
Obudziłam się. Lecz nie wstawałam. Obok mnie siedziała Suzane. Ona jest dla mnie taka kochana. Patrzyła na mnie z czółością.
-Miałam sen.- Powiedziałam z zaangażowaniem.
-Sen? Czyli nie udawałaś.- Powiedziała przekornie.- Martwisz mnie.
-Co cię martwi?
-To, że idziesz spać w dzień, nie chodzisz jeść obiadu i odzywasz się grubiańsko do dyplomatów.
-Co? To nie ja! Ja ich nawet nie spotkałam!- Powiedziałam szybko, przeszukując pamięć. Chyba, ze... chyba że ta para na którą wpadłam do byli państwo Andrenyi.
-Elena Andrenyi powiedziała nam przy obiedzie. Potem gdy zjechali się inni dyplomaci, do hrabi i hrabiny Andrenyi zaczęło się spotkanie.- Opowiadała Suzane.- Nawet Walentyna została. Bawiła się przednio.- Walentyna to moja młodsza siostra.
-Co JA miałabym tam robić?
-No.. słuchać... uczyć się...
-Wiesz co? Zawsze kiedy śnię, przytafiają mi się wspaniałe przygody. Dużo wspanialsze niż tu...
-Proszę cię!!!- Zawołała rozpaczliwie Suzane.- Obiecaj mi! Obiecaj! Obiecaj mi, że skończysz z opowiadaniem tych bredni! O człowieku który lata, o jakiś komputerach, o samochodach i o wszystkim co nie jest TU I TERAZ!!!
-Ale...
-Obiecaj mi, bo się obrażę!
-Dobrze... obiecuję.
-I- Dodała prędko Suzane.- Obiecaj mi, że w nocy śpisz, a w dzień możesz się bawić. Jak każde normalne dziecko.
-Obiecuję.- Było mi smutno, ale mam 10 godzin w nocy, na moje przygody. Już nie mogłam się doczekać. Suzane również była zadowolona. Przytuliła mnie.
-Kocham cię.- Powiedziałam jak do mamy.- Nigdy mnie nie zostawisz?- Suzane zdziwiła się, moim pytaniem, ale zaraz potem powiedziała z czułością.
-Nie słoneczko. Nigdy.
Kiedy wyszłam z domu, Helena bawiła się na podwórku. Zawołałam ją. Już zaraz biegła i przybiegła dysząc. Spojrzała na mnie pytająco.
-Przyszłam do ciebie. Co robisz?
-Schmidt robi dla mnie piknik. Ale ciii... Klaus nie może wiedzieć.
-To jasne.- Przyznałam z uśmiechem.- To ja też się poczęstuję.
-Super! Powiem Schmidt by przygotowała podójną porcję!- I już jej nie było. Nasza posesja miała naprawde wielkie pola, polanki, pagórki i właśnie tam się z Heleną bawiłyśmy. Schmidt zaraz wyszła z kuchni. Dojście do drzewa i wogóle do mnie, zajęło jej sporo czasu. BaRDZO lubię słuchać jej niemieckiego akcentu.
-DobRZE.- Zaczęła. -Mam dla WAS jedzenie.
-A bułeczki, czy ma bułeczki?- Spytałam Schmidt.
-Ja, ja. MAM buŁEczki. Ich habe TEE.
-Herbatę.- Przetłumaczyła Helena.
-Acha.- Wogóle nie słuchałam odpowiedzi Schmidt na moje pytanie. Nie obchodziło mnie to. Gryzłam zdźbło trawy i myślałam o ślubie. Powinnam za niego wyjść. Przynajmniej tak w śnie.
To byłoby piękne.
-Lilka! Ziemia do Lilki!- Helena pomachła mi ręką przed nosem i oczyma.
-C...co?
-Ech.- Helena sięgnęła po butelkę z mlekiem.- Mleko kozie?
-Dla panieNKI LILIKI!- Lilika. Tak mówił na mnie Klaus i Schmidt. I wogóle wszyscy niemcy. Nie wiem czwemu. Zjadłyśmy prędko. Potem poszłyśmy na kolację. Mama wogóle ne zwróciła na mnie uwagi. Ale to nic. Ja, Helena i Suzane byłyśmy zajęte ożywioną rozmową. Po kolacji położyłam się czym prędzej spać.
-Dobranoc!- Zawołałam na cały dom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz